Forum Historii Nysy Strona Główna Forum Historii Nysy
Serwis społecznościowy poświęcony historii miasta Nysa

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  StatystykiStatystyki
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj

Poprzedni temat «» Następny temat
Hildegarda Niefanger i jej historia
Autor Wiadomość
ralf 
Administrator
ralf


Dołączył: 07 Lis 2017
Posty: 3541
Skąd: Kraków
Wysłany: 2025-11-25, 17:36   Hildegarda Niefanger i jej historia

W tym roku poznałem Antje z Niemiec, której żyjąca do dziś babcia, obecnie 96-latka o imieniu Hildegard Niefanger z d. Flassig pochodzi z Nadziejowa (Naasdorf) koło Nysy. Urodziła się tam w 1929 r. i mieszkała w domu, który wówczas nosił nr 50, a obecnie nosi nr 3. Antje zainteresowała się historią życia swojej babci i postanowiła w tym roku spisać jej przeżycia. Okazało się wtedy, że pani Hildegarda już w 1981 r. osobiście przelała na papier swoje wspomnienia, które teraz przekazała wnuczce. Jest to 50 odręcznie zapisanych stron. Na tytułowej widnieje napis: „Mein Lebenslauf, geschreiben am 27.7.1981”, czyli w tłum.: „Moja życiowa droga”, spisana 27 lipca 1981 roku”. To był właśnie rok narodzin jej wnuczki Antje. Niezwykle interesującym faktem jest to, że pani Hildegarda w latach 1944-1945 pracowała na dworze w Kwiatkowie (Blumenthal) jako pomoc domowa u Heinricha von Schroetera, który był jej szefem. Zajmowała się tam także jego najmłodszym dzieckiem – córeczką o imieniu Marion (ur. 1935), której matka zmarła zaraz po jej urodzeniu. Ponadto pani Hildegarda była jedną z osób, które w marcu 1945 r. razem z Heinrichem von Schroeterem wyruszyły z Kwiatkowa w konwoju uchodźców, udając się na południowy zachód do Kraju Sudetów.

Dzięki uprzejmości Antje mam możliwość podzielenia się z Czytelnikami Forum wspomnieniami z życia jej babci. Zamieszczam tutaj tylko pierwsze 35 stron opracowania, które opisują wydarzenia rozgrywające się do momentu opuszczenia Śląska przez Hildegardę, co nastąpiło w 1946 roku. Oto jej opowieść:

    Moja życiowa droga

    Ja, Hildegard Niefanger z domu Flassig, urodziłam się 27 listopada 1929 roku w Nadziejowie (Naasdorf), w powiecie nyskim, w okręgu administracyjnym Opole, na Górnym Śląsku. Mój ojciec był z zawodu kowalem, urodził się 28 listopada 1898 r. w Kraju Sudeckim, a zmarł 12 czerwca 1957 r. w Hahausen nad rz. Harz, w powiecie Gandersheim. Moja matka nazywała się Maria Flassig, z domu Rieger. Urodziła się 5 grudnia 1899 r. w Siestrzechowicach (Grunau), w powiecie nyskim. Zmarła 19 maja 1974 r. w szpitalu w Salzgitler-Bad. Mieszkała w Hahausen, w powiecie Gandersheim. Ciężko chorowała i przeszła operację związaną z kamieniami żółciowymi.

    Mam pięcioro rodzeństwa, ich imiona to:
    • Adelheid, ur. 13.XI.1921 r.
    • Martha, ur. 1.IV.1924 r.
    • Erich, ur. 23.III.1928 r.
    • Georg, ur. 5.I.1934 r.
    • Günther, ur. 12.IV.1939 r.
    Miałam jeszcze jednego brata, który zmarł w bardzo młodym wieku. Nazywał się Josef, urodził się 16 marca 1938 r. i zmarł 19 maja 1938 r. w szpitalu w Nysie. Było to pechowe dziecko, urodził się z rozszczepem podniebienia i wargi. Przeszedł operację, ale zmarł.
    Całe nasze rodzeństwo urodziło się w Nadziejowie, w powiecie nyskim, na Górnym Śląsku.

    Teraz coś o mojej skromnej osobie. Otóż miałam piękne dzieciństwo. W 1936 roku poszłam do szkoły – miałam wtedy ze sobą śliczną tytę, którą nie każde dziecko wtedy miało. Moja mama zawsze ubierała nas schludnie. W kanapkach do szkoły zawsze mieliśmy kiełbasę, ser lub zimne klopsiki mięsne. Nie powtarzałam żadnej klasy. Moje włosy zawsze były grube, kręcone i rozczochrane. Miały bardzo jasny kolor, prawie biały. Jak dziecko zawsze bałam się trochę mojego dziadka – był duży i groźny. Zawsze chciał mnie złapać swoimi wielkimi dłońmi – żartował, ale ja się bałam.

    W 1939 lub 1940 roku, nie pamiętam dokładnie, poszłam do pierwszej komunii świętej w Kopernikach (Köppernig) w powiecie nyskim. To tam musieliśmy pójść do kościoła, ponieważ w Nadziejowie nie mieliśmy własnego. Moja mama, jak zawsze, gdy była jakaś uroczystość, upiekła wtedy ciasto. Do kościoła pojechaliśmy pięknym samochodem. Jeździły nim tam także do ślubu młode pary. Wszystko to dzięki pani Sanner. Była to żona właściciela kamieniołomu, w którym pracował mój ojciec. Miałam wtedy na sobie piękną sukienkę, ładne buty, na głowie wianek z mirtu i oczywiście trzymałam świecę.

    We wrześniu 1939 roku wybuchła II wojna światowa. W tym samym roku urodził się mój brat Günther. Zawsze byłam swego rodzaju nianią. Dzieci z całej okolicy przychodziły do nas. Śpiewałam z nimi i bawiłam się. W latach wojny zawsze mieliśmy co jeść. Moja mama pracowała u rolników. Nie dostawała za to pieniędzy, ale ziemniaki, masło, boczek, jajka, mleko, chleb i mąkę. To było lepsze niż pieniądze. To, co było na kartkach żywnościowych, nie wystarczało. Kiedy rolnicy dokonywali uboju, dostawaliśmy osłonki do kiełbas, zupę kiełbasianą i mięso. Przy tak dużej rodzinie bardzo nam się to przydawało. Mój ojciec już wtedy dobrze zarabiał. Był kowalem i pracował w kuźni przy kamieniołomie. Muszę jeszcze nadmienić, że nasz dom w Nadziejowie na Śląsku był niewielki, z dwoma dużymi drewnianymi szopami, koziarnią i ogrodem warzywnym obok, a także miejscem na uprawę dyni. Nie byliśmy bogaci, ale byliśmy zadowoleni. W tamtych czasach trudno było wyżywić i ubrać tak liczną rodzinę. Zawsze byliśmy najedzeni. My, dzieci, mogliśmy też coś zarobić, zbierając osty i pomagając w majątku w Nadziejowie.

    W roku 1944 ukończyłam szkołę. Nadal trwała wojna, a sytuacja stawała się coraz gorsza. Zawsze chciałam zostać przedszkolanką, ale w czasie wojny, tak jak w 1944 roku, trzeba było najpierw odbyć obowiązkowy rok pracy. Dzięki pani Sanner, żonie właściciela kamieniołomu, dostałam pracę, z racji, że mieliśmy pewne powiązania. Rozpoczęłam tą pracę już na Wielkanoc 1944 roku. Było to w Kwiatkowie (Blumenthal) w powiecie nyskim, około 4 km od Nadziejowa, we dworze, jako pracownik do wszystkiego, za pensję wynoszącą 18 reichsmarek (RM) miesięcznie. Spodobało mi się to. Była tam jeszcze ochmistrzyni oraz pokojówka. Świetnie się bawiłyśmy, a dobre jedzenie od razu zrobiło na mnie wrażenie. Byłam wtedy dość pulchna. Musiałam tam pomagać Hübnerowi w ogrodnictwie, a zadania do wykonania były bardzo różnorodne. W tamtym czasie wszyscy będący dobrą siłą roboczą zostali powołani do wojska. Pierwszego wieczoru, kiedy zaczęłam pracę, pokojówka miała wolne. Powiedziano mi więc: „Hilde, nakryj do stołu dla panów”. Nie miałam pojęcia, jak nakrywać do stołu. Zamiast płaskich talerzy położyłam talerze do zupy. Nie minęło dużo czasu, gdy zadzwonił dzwonek i musiałam podejść. Pan von Schroeter pokazał mi wtedy, jak to się powinno robić. Muszę dodać, że w moim domu mieliśmy tylko jeden rodzaj talerzy. W skład rodziny mieszkającej wówczas we dworze wchodzili: pan von Schroeter, jego 10-letnia córka Marion oraz 13-letni syn Immo. Jeden z synów pana Schroetera zginął już wcześniej. Jego starsza córka mieszkała we Frankfurcie, a syn Swen chodził do szkoły w Nysie i wracał do domu jedynie na weekendy. Z kolei żona pana von Schroetera zmarła podczas porodu Marion. Jak już wcześniej pisałam, był to dla mnie piękny czas. Mimo że trwała wojna, nie odczuwaliśmy niedostatku.

    Nadszedł rok 1945. Front coraz bardziej się zbliżał, w oddali słychać było już grzmoty Rosjan. W marcu 1945 roku nasz region został ogłoszony terenem walk. Żołnierze wkroczyli do wsi i zajęli domy. Nie wolno było pozostać tam ludności cywilnej. Wtedy po raz pierwszy usłyszałem o konwoju uchodźczym. Przygotowano wozy i załadowano na nie wszystko, co chciano zabrać – dywany, obrazy, naczynia i wiele innych rzeczy. Pracownicy dworu również mogli załadować wszystko, co było ich, na wozy. Nie miałem zbyt wiele. Cały mój dobytek zmieścił się w małej walizce. Muszę jeszcze coś wyjaśnić. Otóż chciałam pojechać do rodziców, ale nie pozwolono mi na to. Front był już tak blisko, że musiałam jechać z panem von Schroeter. Wyruszyliśmy więc w drogę, z dziećmi, całym dobytkiem i wszystkim, co się z tym wiązało. To było prawdziwe cygańskie życie. W ciągu dnia maszerowaliśmy, to znaczy my, młodzi ludzie, jechaliśmy na rowerach, a starsi i dzieci mogli czasem siedzieć na wozie. W nocy nocowaliśmy w szkołach lub gospodach. Rano ruszaliśmy dalej. Dotarliśmy do Czech, które wtedy należały do Niemiec. Znaleźliśmy się w miejscowości Petrušov (Petersdorf) w powiecie Moravská Třebová (Mährisch-Trübau). Pan von Schroeter przewodził naszemu konwojowi. Rozdzielił wszystkie osoby po okolicznych domach. Zabraliśmy ze sobą też wielu polskich robotników i ukraińskie dziewczyny, którzy pracowali na terenie dworu. Oczywiście zauważyli oni, że Niemcy przegrali wojnę i wówczas stali się buntowniczy. Ale pan von Schroeter wszystko załagodził. Mieli dobre życie w dworze. Mieliśmy szczęście z pogodą, ponieważ marzec był ciepły i łagodny. Byliśmy opaleni, a to, co nie było opalone, było po prostu brudne. Często nie było możliwości umycia się. Zawsze tylko naprzód i naprzód. Kiedy już wszyscy zostaliśmy zakwaterowani – w szkołach, budynkach publicznych i prywatnych, zamieszkaliśmy na pewnym wzniesieniu. Szef mieszkał z dziećmi w jednym miejscu, a personel w drugim. Stamtąd, pokojówka, kuczer (woźnica) i ja pojechaliśmy rowerami do Kwiatkowa, gdyż chcieliśmy jeszcze zabrać kilka drobiazgów. Ale na tym się skończyło. Żołnierze już nas nie wpuścili do środka. Bydło biegało wszędzie, było to przerażające. Zrobiliśmy wszystko, co mogliśmy, by się stamtąd wydostać. Na wspomnianym wzniesieniu, gdzie mieszkaliśmy, też już nie było tak spokojnie. W nocy przechodzili niemieccy żołnierze i chcieli cywilne ubrania, odpoczęli i ruszyli dalej. W czasie tamtych nocy wykopaliśmy dość dużą dziurę w stodole rolnika, u którego mieszkaliśmy. Zapakowaliśmy wszystko i zakopaliśmy. Były to naprawdę cenne rzeczy. Wszyscy myśleliśmy, że za kilka dni będziemy mogli wrócić do domu. Ale wszystko potoczyło się inaczej. W ciągu jednej nocy wszystko, co zakopaliśmy w tamtej dziurze zostało skradzione. Nikt z nas tego nie zrobił. Podejrzewaliśmy rolnika, gdyż był to bardzo fałszywy facet – Czech. Ale życie toczyło się dalej.

    Pewnego dnia po obiedzie chciałam zdjąć pranie rozwieszone w ogrodzie i wtedy zobaczyłam coś naprawdę zabawnego. Otóż było to wiele małych wozów zaprzężonych w koniki, które jechały ulicą, wyłaniając się z lasu. Natychmiast zawołałam innych, którzy od razu przybiegli. Wtedy rolnik powiedział: „To przecież Rosjanie”. Nie zastanawialiśmy się nad tym i podbiegliśmy do nich, oferując papierosy, bo mieliśmy ich mnóstwo. Ja też paliłam. Rosjanie byli bardzo mili, śmiali się z nami, a potem ruszyli dalej do wsi. Dopiero późnym popołudniem zdaliśmy sobie sprawę z sytuacji. Była ona bardzo poważna. Nasza ochmistrzyni powiedziała: „Wy młodzi ludzie, nie możecie dziś zostać w domu”. Wzięliśmy więc ciepłe koce i ruszyliśmy w stronę lasu, których było tam bardzo dużo. Przez całą noc, wspomnianą ulicą nadciągali Rosjanie i wchodzili do wsi. Nigdy nie zapomnę tej nocy. Było głośno. Rosjanie krzyczeli i grali na harmonii, fałszując. Było naprawdę strasznie.

    Rano wróciliśmy do naszego domu na wzniesieniu. Znów zapadła cisza. Rosjanie pojechali dalej. Nasza ochmistrzyni dobrze to wszystko zniosła. Otóż na początku, gdy tylko Rosjanie się pojawili, zaczęła gotować. Rosjanie z apetytem jedli nasze potrawy. Byli to głównie oficerowie, którzy zachowywali się bardziej kulturalnie. W każdym razie znów udało nam się dobrze to wszystko przetrwać. W wiosce poniżej zgwałcono jednak parę dziewcząt, które wierzyły, że nic im się nie stanie, jeśli będą z ojcem i matką. Cóż, życie musiało toczyć się dalej. Pewnego popołudnia Lenchen, pokojówka, złamała nogę i musiała zostać przewieziona do szpitala.

    Czesi stawali się coraz bardziej niegrzeczni wobec nas, Niemców – przecież przegraliśmy wojnę. Dnia 8 maja 1945 r. zawarto rozejm. Byliśmy teraz zdani na łaskę Czechów. Pewnego dnia musieliśmy ponownie spakować nasze rzeczy, choć ludzie nie mieli już tak wiele, bowiem Rosjanie i Czesi część rzeczy już skradli. W każdym razie mieliśmy jeszcze ciągnik (buldożer) i kilka koni. Nie mogliśmy zabrać ze szpitala Lenchen, która musiała tam pozostać. Ponownie przemieszczaliśmy się lokalną drogą. W następnej miejscowości musieliśmy się zatrzymać. Teraz panami byli Czesi. Zabrali nam ciągnik – była to dla nas duża strata, ponadto musieliśmy zostawić tam wóz. Ale tego samego dnia mieliśmy jeszcze trochę szczęścia. Otóż do naszej grupy dołączył młody chłopak w wieku około 16–17 lat. Pochodził z Opola (Oppeln) i dobrze mówił po polsku. Dzięki temu Rosjanie i Czesi mogli go w miarę dobrze zrozumieć. Ponegocjował z Rosjanami i za ciągnik dostaliśmy dwa konie. Ten młody chłopak był już w Volkssturmie i przeżył wiele strasznych rzeczy. Dołączył do nas. Nazywał się Gerhard. Mieliśmy zatem szczęście, ale chyba już ostatni raz.

    Musieliśmy zatrzymywać się w każdej miejscowości, gdzie byliśmy plądrowani. Raz myśleliśmy, że nasz pan von Schroeter zostanie zastrzelony, bowiem Czesi znaleźli płaszcz naszego kuczera, na którym były ładne guziki. Uznali, że ma to coś wspólnego z Hitlerem, ale wszystko dobrze się skończyło.

    Strach towarzyszył nam dzień i noc. W małym miasteczku, którego nazwy nie zapamiętałam, musieliśmy sami rozładować wszystko z wozów. Czesi byli jednak w miarę hojni i zwrócili nam kilka worków. Nasz konwój znacznie się skurczył. Musieliśmy oddać parę koni, więc wozy też musiały tam zostać.

    Pewnej nocy napadli na nas Rosjanie, wszystko zadziało się tak szybko, że nocna warta nie zdążyła o tym zakomunikować. To stało się w Bystrzycy Kłodzkiej (Habelschwerdt). Wówczas coraz bardziej zbliżaliśmy się do naszego domu. Nie wiedziałam nic o tym, co dzieje się z moimi rodzicami oraz rodzeństwem i było to dla mnie utrapieniem. Cóż, to samo działo się każdej nocy i każdego dnia. Potem byliśmy już prawie w domu.

    Za miejscowością Buków (Baucke) musieliśmy się zatrzymać. Pojawili się Polacy i nie dawali nam spokoju. Pierwsze wozy mogły pojechać dalej, ale my, to znaczy nasz szef, ochmistrzyni, Immo i ja, byliśmy ostatni. Podjechał wtedy wóz z dwoma Polakami, którzy wciągnęli do niego pana von Schroetera, bijąc go i krzycząc do niego „hitlerowska świnio” oraz używając jeszcze innych epitetów. Immo, 13-letni syn, płakał i błagał mężczyzn, żeby zostawili jego tatę. Oni byli jednak brutalni i zabrali pana von Schroetera ze sobą. Muszę jeszcze dodać, że był to czas, kiedy to Polacy byli już panami. W końcu ruszyliśmy dalej, podczas gdy pierwsze wozy konwoju już wjeżdżały do naszej wsi. Wszyscy gorzko płakaliśmy. Wreszcie byliśmy znowu w domu, ale czekało nas tam najgorsze.

    Na dwór w Kwiatkowie spadły dwie bomby. Góra budynku była otwarta, ale drzwi wejściowe były zablokowane belką i nie mogliśmy wejść do środka. Później przyszedł z milicji jakiś żołnierz i usunął tę belkę. Był bardzo miły i porządny. Ale nad nami wisiał wielki cień – nic nie wiedzieliśmy o panu von Schroeterze. Razem z ochmistrzynią zajęliśmy się dziećmi. W dworze panował straszny bałagan. Wszystko było zniszczone. To, czego nie zniszczyli żołnierze, zniszczyli przechodzący tędy polscy uchodźcy oraz Rosjanie. Teraz trzeba było zabrać się do pracy. Codziennie ciężko pracowaliśmy i sprzątaliśmy. Przygotowaliśmy jadalnię dla pana von Schroetera, bo przecież musiał wrócić. Przez ponad tydzień nie mieliśmy od niego żadnych wiadomości. Pewnego dnia nagle wrócił. Był wychudzony, wynędzniały, miał posiniaczoną twarz i całe ciało. Wielokrotnie go przesłuchiwano, bito i zamykano w piwnicy. O ile dobrze pamiętam, musiało to mieć miejsce w Vidnavie (Weidenau). Wszystko tylko dlatego, że należał do partii, ale prawie wszyscy musieli do niej należeć. On jednak zawsze dobrze traktował swoich polskich i ukraińskich robotników.

    Teraz władzę sprawowali Rosjanie. Ówczesne żniwa były obfite, ale Rosjanie wszystko zebrali, włącznie z materiałem siewnym i wszystko wywieźli. Wszyscy musieliśmy bardzo ciężko pracować. Ale jedzenie mieliśmy wtedy całkiem dobre, dania były zawsze z mięsem. Rosjanie wszystko wywozili do Nysy, a stamtąd do Rosji. Stodoły były całe wypełnione słomą.

    W dworze mieszkał również pewien Rosjanin. Był pijany prawie codziennie. Pewnego dnia zrobiło się tak „gorąco”, że zaczął strzelać amunicją smugową w stodoły, które zaczęły płonąć jasnym płomieniem. Wszyscy musieliśmy pomagać w gaszeniu, a nie było jeszcze nowoczesnej straży pożarnej i sprzęt gaśniczy był prymitywny. Trzeba było się natrudzić, aby woda mogła dotrzeć w miejsce pożaru. Udało nam się uratować dwór, ale obie stodoły doszczętnie spłonęły. Tej nocy musieliśmy pełnić wartę przeciwpożarową – zawsze dwóch Niemców i dwóch Rosjan. W ciągu następnych dni Rosjanie odeszli, zabierając ze sobą konie i ważny sprzęt. My, pokonani Niemcy, mogliśmy tylko milczeć i patrzeć.

    Po okupacji rosyjskiej nastąpiło polskie zasiedlenie. Ludność nadciągnęła lawinowo. Na naszych drogach widzieliśmy wozy z Polakami. Po prostu przegonili Niemców i zajęli domy. Do dworu w Kwiatkowie przybył polski zarządca. Był to bardzo miły człowiek. Mówiono o nim, że „to Polak z krwi i kości”. Nie było mu oczywiście łatwo przywrócić porządek w majątku. Rosjanie o to wcześniej „zadbali”. Ale jak to już bywa, życie toczyło się dalej. My, Niemcy, zostaliśmy wtedy oznaczeni i musieliśmy nosić na ramieniu białą opaskę z niebieską literą „N”, oznaczającą po polsku „Niemiec”. Jeśli chcieliśmy udać się do innej wsi, musieliśmy mieć przepustkę. Dzięki niej mogłam ponownie pojechać do Nadziejowa, do moich rodziców.

    Strach nie dawał mi spokoju, choć w wieku 16 lat podchodzi się do wszystkiego bardziej na luzie. Starsze pokolenie miało już inne odczucia. W owym czasie pan von Schroeter nie miał łatwego życia. Niemal codziennie był zabierany przez milicję, bity i zamykany w piwnicy. Tak dalej być nie mogło, bo człowiek zostałby zrujnowany. Jednak polski zarządca naszego dworu nic nie mógł na to poradzić, mimo że obaj ci panowie dobrze się dogadywali. Robił wszystko, co mógł, by namówić pana von Schroetera, aby ten wyjechał do swojej córki do Frankfurtu. Więc ten spróbował, ale bez dzieci. Ochmistrzyni otrzymała pełnomocnictwo do opieki nad ich dwójką. Dzieci i ja odwieźliśmy pana von Schroetera na dworzec. Było to bardzo daleko – myślę, że to był Nowy Świętów (Deutsch-Wette). Było wiele łez, gdyż dzieci musiały zostać. Zarządca naszego dworu dał panu von Schroeterowi pewien dokument, aby go przepuszczono. Ochmistrzyni przejęła odpowiedzialność nad dziećmi – Immo i Marion. Życie znów toczyło się dalej.

    Z jedzeniem nie było najlepiej. Chleb był bardzo rozmokły i trzeba było go opiekać, gdyż w przeciwnym razie bolał żołądek. Z melasy przygotowywaliśmy syrop. Czym jest melasa? To wysłodki buraczane, z których wszystko, cukier i syrop, zostało już wyciągnięte. Zwykle karmiono tym bydło, ale przynajmniej mieliśmy wtedy coś do smarowania chleba. Ludzie uważali wówczas, że jeśli tylko sytuacja będzie się tak utrzymywać, to uda im się to jakoś znieść.

    Wszyscy ciężko pracowaliśmy. Zarządca naszego dworu był zbyt przyjazny Niemcom i miał wrócić do Polski, z kolei sam majątek miał trafić w ręce zarządcy z sąsiedniej wsi – ze Siestrzechowic (Grunau). Był nim człowiek nienawidzący Niemców. Baliśmy się tam trafić, bo kto wie, co by się z nami stało. Ochmistrzyni wyjechała z dziećmi do swojej córki do Nysy, gdzie było bezpieczniej niż w Kwiatkowie. A co stało się z nami? Byliśmy grupą młodych dziewcząt i chłopców, którzy mieli wtedy ogromną odwagę. Był tam z nami kuczer pana von Schroetera, który nazywał się Alfred i pracował w Smolicach (Schmolitz) u polskich rolników, kilka kilometrów za Nysą. W nocy, we mgle, Alfred wywiózł nas wozem z Kwiatkowa wraz z Polakiem. Bardzo się baliśmy. Kiedy przejeżdżaliśmy przez jakąś miejscowość, musieliśmy kłaść się na podłodze. Ale Polak był z nami. Bez problemu dotarliśmy do Smolic. Nie wiedzieliśmy, co nas czeka. Smolice to wioska rolnicza leżąca niedaleko Biechowa (Bechau). To też jest spora posiadłość. Mieszkało tam wtedy wielu Niemców, którzy zostali wyrzuceni ze swoich domów przez Polaków. No cóż, byliśmy teraz bezpieczni – Lucia, Alfred i moja skromna osoba. W innym domu mieszkała rodzina Meise i jeszcze jeden Niemiec. I tak zostaliśmy zakwaterowani. Nasz polski gospodarz i cała jego rodzina byli dobrymi ludźmi. Siostra polskiego rolnika miała dziecko z niemieckim żołnierzem. Tam było naprawdę dobre życie – mieliśmy co jeść i mieliśmy gdzie pracować. W niedziele spacerowaliśmy po wsi i śpiewaliśmy, niestety po niemiecku. W tym czasie odwiedziła mnie mama i dwie inne kobiety. Chciały mnie zabrać do domu. Mama powiedziała, że wkrótce zorganizowany będzie transport do Niemiec i że rodzina powinna być razem. Tak, to naprawdę dziwnie zabrzmiało – „jechać do Niemiec”, ale przecież nasza ziemia należała już do Polski. Nie poszłam z mamą, chciałam tam zostać. Polski rolnik zapakował kobietom jedzenie do plecaków. Żyło nam się tam dobrze i wierzyliśmy, że nie mamy żadnych problemów.

    W wiosce byli też ludzie, którzy nie lubili Niemców. Nie mogliśmy już śpiewać niemieckich piosenek i chodzić po wsi. Pewnego dnia nasz rolnik dostał pismo z komendantury, że wszyscy Niemcy muszą podjąć decyzję – czy chcą stać się Polakami. No cóż, poszliśmy wszyscy razem i podpisaliśmy dokument. Lucia, moja najlepsza koleżanka, zakochała się w pewnym młodym polskim rolniku, a on w niej. Stary rolnik zawsze uczył nas po polsku podczas pracy, był dobrym człowiekiem. Musieliśmy wtedy zasypywać wszystkie rowy przeciwpancerne, ponieważ przebiegały one przez łąki i pola uprawne. Wszystko miało znów normalnie rosnąć. Muszę kolejny raz podkreślić, że był to cudowny, wspaniały czas. Kiedy tak teraz siedzę i piszę, wciąż mam tak dużo do opowiedzenia. Po prostu – barwne, pełne przygód życie.

    Pewnego pięknego dnia moja mama wróciła. Powiedziała, że teraz muszę z nią już wrócić do domu. Powiedziałam: „Mamo, nie mogę z tobą pojechać. Podpisałam przecież dokument, więc już się zdecydowałam na polskie obywatelstwo”. Po prostu nie chciałam stamtąd wyjeżdżać. Rolnik był innego zdania, powiedział: „Hilda, musisz pojechać ze swoją mamą. Nie jesteś jeszcze pełnoletnia”. Spakowałam więc swoje rzeczy i pożegnałam się ze wszystkimi, którzy byli mi bliscy i lojalni w tym bardzo trudnym czasie. Lucia gorzko płakała, a ja razem z nią. W końcu mama zabrała mnie ze sobą. Rolnik przewiózł nas kawałek drogi swoim wozem, a dalej do Nysy musieliśmy iść pieszo. Z Nysy ponownie zabrał nas wóz i tak znalazłam się z powrotem w domu w Nadziejowie. Jednak nie mieszkaliśmy już w naszym dawnym domu, ponieważ Polacy wyrzucili stamtąd moją rodzinę. Teraz moja rodzina mieszkała w budynku kuźni, gdzie pracował mój ojciec. Nad nią były ładne mieszkania. Co było robić? Moi rodzice sami nie mieli zbyt wiele jedzenia, a teraz byłam tam jeszcze ja.

    Następnego dnia w mojej wiosce odbywała się wielka akcja szczepień. Wszyscy musieliśmy tam pójść. Nie pamiętam, dlaczego wtedy się szczepiliśmy. Szczepienia odbywały się u polskiego burmistrza – w domu, który stał blisko naszego. No ale wtedy w naszym domu mieszkała już ukraińska rodzina. Co do szczepienia, to kiedy żona burmistrza mnie zobaczyła, zapytała, kim jestem. Odpowiedziałam łamaną polszczyzną, że jestem córką kowala. Od razu powiedziała, żebym przyszła do jej domu do pracy. Zrobiłam to z radością, bo nie chciałam siedzieć w mieszkaniu, które z resztą nie było tak naprawdę moim domem.

    Kolejna już informacja o naszym transporcie okazała się fałszywa. Polacy cieszyli się, gdy mogli w ten sposób przestraszyć Niemców. Chodziłam do pracy rano, a wracałam wieczorem. Tak chciał mój tata. Polska rodzina składała się z męża, żony i dwóch chłopców. Starszy chłopiec zawsze nazywał mnie „hitlerowską świnią”. Ale ludzie byli dla mnie mili. Mieliśmy jedzenia pod dostatkiem, a to było najważniejsze. Pewnego dnia kobieta powiedziała, że musi wyjechać na kilka dni gdzieś w Polskę. Zapytała mnie, czy chciałabym spać w jej domu. Zabrała ze sobą starszego chłopca. Musiałem najpierw zapytać ojca, czy mogę spać w tym domu. Zgodził się, ale niechętnie, ponieważ znał burmistrza Franeck’a. Ten zapukał do drzwi pokoju, w którym spałam i powiedział: „Hilda, otwórz”. Odpowiedziałam, że jeśli nie odejdzie, powiem o tym jego żonie. Przestraszył się tego.

    Tak mijały kolejne dni. Dnia 16 sierpnia 1946 roku byliśmy wysiedlani. Polacy udostępnili nam wozy konne. Mogliśmy załadować na nie swoje rzeczy. Nasze plecaki były zawsze spakowane, ponieważ cała akcja musiała się odbywać szybko. Jechaliśmy przez Nowy Świętów (Deutsch-Wette) do Nysy. Do naszego konwoju dołączało coraz więcej osób. Po przybyciu do Nysy znaleźliśmy zakwaterowanie w magazynie straży pożarnej. Panował tam wielki chaos. Najpierw powiedziano nam, że musimy się rozłożyć na piętrze. Potem kazano nam zejść na dół. W końcu mieliśmy tego dość i rozłożyliśmy się pod gołym niebem. W magazynie straży pożarnej roiło się od wszy. Zostaliśmy tam na jedną noc.

    Potem pojechaliśmy pociągiem do Głubczyc (Leobschütz). Tam było nam ciężko. Zgromadzono nas na dużym placu i musieliśmy tam pozostać. Kolejny raz nas ograbiono. Polacy zabrali wszystko, co chcieli. My kobiety zostałyśmy poddane dodatkowej kontroli. Musiałyśmy wejść do małego domku. Przyszła tam jakaś polska cizia i nas obmacywała. Następnie jechaliśmy przez 9 dni w wagonach bydlęcych. W każdym wagonie był mężczyzna, który pilnował porządku. W naszym wagonie był nim mój ojciec. Bo gdy tyle ludzi jest stłoczonych, szybko wybuchają kłótnie. Czasami pociąg zatrzymywał się na wiele godzin i czekał na inną lokomotywę. W takich momentach szybko zbieraliśmy drewno. Moja mama szybko gotowała herbatę lub zupę, bo z wyżywieniem było kiepsko. Mieliśmy też czas, żeby szybko się umyć, jeśli tylko w pobliżu była rzeka.

    W końcu, po 9 dniach podróży dotarliśmy do zachodnich Niemiec. Należały one do strefy angielskiej. Miasto nazywało się Marienfelde i miało duży dworzec kolejowy. Tam zostaliśmy odwszeni i ubrani w czystą odzież. Ani jedna wesz tego nie przeżyła. A najpiękniejszą rzeczą, jaką wtedy dostaliśmy, była zupa grochowa z boczkiem. Siedzieliśmy na skraju drogi i zajadaliśmy się gorącą zupą. Była już noc. Nie pamiętam szczegółów, ponieważ piszę to w 1981 roku. Siedzę przy biurku i zapisuję wszystko. Zapytano nas, czy chcemy jechać do Goslar, czy do strefy. Nie mieliśmy pojęcia, gdzie leży Goslar i strefa. Mój ojciec powiedział, że chcemy pojechać do Goslar […]

Dalsza droga życiowa Hildegardy prowadziła kolejno przez takie miejscowości w Niemczech jak Braunlage (Harz), Hahausen, Monachium, Michelsneukirchen i w końcu Kirchheim unter Teck.

Tłumaczenie i opracowanie: Rafał Błaszczyk

Pierwsza strona wspomnień Hildegardy Niefanger z d. Flassig, spisanych w 1981 roku.jpg
Plik ściągnięto 6 raz(y) 650,61 KB

_________________
Zapraszam do: Muzeum Powiatowe w Nysie // Neisser Kultur- und Heimatbund e.V.
  
 
     
ralf 
Administrator
ralf


Dołączył: 07 Lis 2017
Posty: 3541
Skąd: Kraków
Wysłany: 2025-11-26, 22:30   

W tym poście zamieszczam wiadomości, które przekazała pani Hildegarda swojej wnuczce Antje, podczas ich rozmów odbytych w pierwszym półroczu 2025 r. Są to dodatkowe informacje dotyczące życia Hildegardy, których nie ma w jej wspomnieniach spisanych w 1981 roku, zamieszczonych w poprzednim poście. Warto je tutaj dopisać. Dotyczą one różnych kwestii, a każdej z nich poświęcony jest oddzielny akapit:

    Naprzeciwko naszego domu rodzinnego w Nadziejowie znajdował się sklep Görlich, w którym zawsze robiliśmy zakupy. Z racji, że Nadziejów leżał na wzgórzu, zimą istniały tam świetne warunki do jazdy na sankach, przez całą wioskę. Pracą mojego ojca było m.in. ostrzenie narzędzi dla robotników kamieniołomu. Kuźnia w której pracował znajdowała się nieco na uboczu, przy lesie. Była już wtedy lokomotywa i torowiska, aby transportować granit. W Nadziejowie znajdowały się dwa kamieniołomy, jeden nieczynny, który był zalany wodą i drugi, który funkcjonował. Rodzina Sannerów mieszkała w pięknej willi, w której mieściło się biuro. Pan Sanner dla swoich pracowników budował domy. W Boże Ciało dziewczęta i kobiety w pięknych sukienkach szły w procesji polnymi drogami i modliły się przy wszystkich kapliczkach i krzyżach, a potem szło się do końca wsi, przy akompaniamencie muzyki, śpiewając „großer Gott wir loben dich” (tłum. „Wielki Boże, chwalimy Cię”). W niedziele umówiłyśmy się z koleżankami, że zejdziemy po schodach do kamieniołomu, ale tak naprawdę nie wolno nam tam było wchodzić. Wtedy kamieniołom nie był jeszcze zalany wodą, ale był dość głęboki. W naszej szkole były dwie klasy i dwóch nauczycieli. Jedna klasa 1–4 i druga klasa 4–8. Pani Sanner, żona właściciela kamieniołomu zawsze opiekowała się wszystkimi ludźmi. Kiedy moja najstarsza siostra Adelheid urodziła swoje pierwsze dziecko (została samotną matką) i nie mogła już pracować u rolnika, pani Sanner przyjęła ją do pracy w swoim gospodarstwie domowym. Pani Sanner zawsze dbała o wszystkie dzieci i niemowlęta w wiosce, sprawdzała, czy mają wystarczająco dużo jedzenia, czy są czyste, a także opiekowała się niemowlętami, gdy nie było akuszerki. To byli dobrzy ludzie. Pani Sanner znała wszystkie dzieci w wiosce, wiedziała, że skończyłam szkołę i to ona znalazła mi pracę na dworze w Kwiatkowie – gdy ją rozpoczęłam, Marion chodziła już do szkoły i była uczennicą. Otrzymałam tam piękne, jasnoniebieskie sukienki. Heinrich von Schroeter, emerytowany kapitan, miał we dworze na dole mundury i różne rzeczy, które musiałam czyścić. Pewnego razu pozwolono mi pojechać z kuczerem do Nysy, tam spacerowaliśmy wieczorem po mieście. Ale Nysę znałam już wczesniej, ponieważ chodziliśmy tam pieszo lub jeździlismy na rowerach, np. by kupić ubrania. Moja mama robiła w Nysie zakupy u żydowskich handlarzy, którzy biedniejszym ludziom sprzedawali towar po niższej cenie. W dworze w Kwiatkowie pokojówka o imieniu Lenchen oraz ja miałyśmy wspólny pokój i mieszkałyśmy tam. Kiedy miałam wolne, jeździłam rowerem do domu, do mojej rodziny w Nadziejowie. Boże Narodzenie 1944 roku spędziłam na dworze w Kwiatkowie. Tamtejsi pracownicy z Ukrainy i Polski również mogli wejść do dużej sali dworskiej. Otrzymali prezenty od szefa, który dobrze traktował ludzi.

    W Nysie były dwa duże zakłady zbrojeniowe, które produkowały amunicję. Podczas wojny rodzina Sannerów w Nadziejowie zamknęła kamieniołom, a jego pracownicy przeszli do zakładu zbrojeniowego w Nysie. Mój ojciec również tam poszedł, a później powołano go do wojska. Mama została sama z dwojgiem synów.

    Mój szef Heinrich von Schroeter, podczas ewakuacji miał wcześniej zaplanowaną trasę do Kraju Sudetów (Czechy). Wieźliśmy ze sobą świnie, aby je zabić i zjeść.

    Gerhard (żołnierz) towarzyszył mi i chronił mnie w drodze do rodziców Lenchen. Chcieliśmy przekazać im wiadomość o złamanej nodze Lenchen. Po drodze wszędzie byli już Rosjanie. Dlatego Gerhard mi towarzyszył. „Coś wymyślę” – powiedział. Po drodze spotkaliśmy Rosjan. Gerhard powiedział, że jestem kobietą rosyjskiego oficera i dzięki temu mogliśmy iść dalej.

    Gdy nadchodzili Rosjanie, my we dworze nie mieliśmy już czasu, więc szybko wspiąłam się z dziećmi (Marion, Immo oraz dzieckiem Mamsell) na miejsce, gdzie spadła bomba i tam się ukryliśmy. Mamsell, która była gruba, została na dole. Rosjanie chcieli wejść na górę, ale konstrukcja wydawała się krucha, więc dzięki Bogu zrezygnowali.

    Ukrainka, która mieszkała w naszym rodzinnym domu była miła, a dom został jej przydzielony. Moi rodzice musieli zatem mieszkać w kantynie u Sannera. Mieszkało tam wiele rodzin, które zostały wyrzucone. Na dole budynku kantyny znajdowałą się kuźnia.

    Milicja zawsze do nas powtarzała: „Jutro was wyrzucimy”. Sprawiało im przyjemność, gdy nas ogarniał strach.

    Załadowano nas do wagonów bydlęcych i wywieziono, na ich dnie była słoma, było brudno i traktowano nas jak śmieci. Wagony były zamknięte, nie można było uciec. Baliśmy się, że jedziemy na Syberię (jako robotnicy przymusowi), bo nie wiedzieliśmy, dokąd nas naprawdę wiozą. Ale ciągle słyszeliśmy o Syberii.

    W wagonie byli Martha, Jorg, Günther, moi rodzice i ja. Nie wiedzieliśmy, gdzie był Erich. Był członkiem Hitlerjugend i Volkssturmu. Heidl była już w Bawarii z dwójką swoich dzieci, bo matki z dziećmi zostały przetransportowane w bezpieczne miejsce znacznie wcześniej.

    Po wyjściu z wagonu zostaliśmy odwszeni, byliśmy gdzieś w Dolnej Saksonii, w strefie angielskiej. Przy wyjściu powiedziano nam: „Jesteście wiecznie wczorajsi, Niemcy z plecakami (tzw. Rucksackdeutschen), przywozicie robactwo”.

    Moi rodzice przeprowadzili się w Niemczech z Braunlage do Hahausen w górach Harz, do mieszkania w gospodarstwie rolnym. W pobliżu, w Langelsheim, znajdował się kamieniołom, w którym znalazł zatrudnienie pan Sanner, a mój ojciec ponownie podjął u niego pracę jako kowal.

    Później utrzymywałam kontakt z Marion i odwiedzałam ją. Podarowała mi obraz przedstawiający dwór w Kwiatkowie, który wisi w moim salonie.

    Podczas naszej wizyty w Nadziejowie w latach 80. spotkaliśmy moją dawną przyjaciółkę Luci, która uciekała w konwoju ze mną. Luci wybrała obywatelstwo polskie i wyszła za mąż za rolnika. Odwiedziliśmy ją w domu, utrzymywaliśmy z nią kontakt i często wysyłaliśmy jej paczki.

    Odwiedziłam Marion w jej domu koło Norymbergii w kwietniu 2015 roku [zdj.3], jadąc na spotkanie rodziny Flassig w Górnej Frankonii. Marion zmarła w następnym roku.


(zdj.1) Przed wojną w Nadziejowie. Siedzą na sankach od lewej - Hildegarda, Georg i Martha Flassigowie. [Zbiory prywatne - Karl Müller].JPG
Plik ściągnięto 7 raz(y) 150,18 KB

(zdj.2) Prawdop. lata 80. Rodzeństwo Flessigów wraz ze swoimi partnerami. Hildegarda stoi jako trzecia osoba od prawej. [Zbiory prywatne - Antje].jpg
Plik ściągnięto 9 raz(y) 501,47 KB

(zdj.3) Kwiecień 2015 r. Z lewej - Hildegarda Niefanger z d. Flassig. Z prawej Marion z d. von Schroeter. [Zbiory prywatne - Antje].JPG
Plik ściągnięto 12 raz(y) 1,33 MB

_________________
Zapraszam do: Muzeum Powiatowe w Nysie // Neisser Kultur- und Heimatbund e.V.
  
 
     
ralf 
Administrator
ralf


Dołączył: 07 Lis 2017
Posty: 3541
Skąd: Kraków
Wysłany: 2025-11-26, 23:47   

Poniżej zdjęcia pochodzące z albumu pani Hildegardy, które przedstawiają jej wizytę w Nadziejowie we wrześniu 1985 roku. Odwiedziła wówczas swój dawny dom rodzinny.

(zdj.1) Wrzesień 1985. Nadziejów koło Nysy. [Zbiór prywatny - Hildegard Niefanger].JPG
Plik ściągnięto 10 raz(y) 710,94 KB

(zdj.2) Wrzesień 1985. Nadziejów koło Nysy. [Zbiór prywatny - Hildegard Niefanger].JPG
Plik ściągnięto 8 raz(y) 1,66 MB

(zdj.3) Wrzesień 1985. Nadziejów koło Nysy. [Zbiór prywatny - Hildegard Niefanger].JPG
Plik ściągnięto 8 raz(y) 1,85 MB

(zdj.4) Wrzesień 1985. Nadziejów koło Nysy. [Zbiór prywatny - Hildegard Niefanger].JPG
Plik ściągnięto 9 raz(y) 1,25 MB

(zdj.5) Wrzesień 1985. Nadziejów koło Nysy. [Zbiór prywatny - Hildegard Niefanger].JPG
Plik ściągnięto 8 raz(y) 1,59 MB

(zdj.6) Wrzesień 1985. Nadziejów koło Nysy. [Zbiór prywatny - Hildegard Niefanger].JPG
Plik ściągnięto 9 raz(y) 2,9 MB

(zdj.7) Wrzesień 1985. Nadziejów koło Nysy. [Zbiór prywatny - Hildegard Niefanger].JPG
Plik ściągnięto 7 raz(y) 1,3 MB

(zdj.8) Wrzesień 1985. Nadziejów koło Nysy. [Zbiór prywatny - Hildegard Niefanger].JPG
Plik ściągnięto 9 raz(y) 1,21 MB

(zdj.9) Wrzesień 1985. Nadziejów koło Nysy. [Zbiór prywatny - Hildegard Niefanger].JPG
Plik ściągnięto 9 raz(y) 1,17 MB

(zdj.10) Wrzesień 1985. Nadziejów koło Nysy. [Zbiór prywatny - Hildegard Niefanger].JPG
Plik ściągnięto 11 raz(y) 589,46 KB

_________________
Zapraszam do: Muzeum Powiatowe w Nysie // Neisser Kultur- und Heimatbund e.V.
 
     
ralf 
Administrator
ralf


Dołączył: 07 Lis 2017
Posty: 3541
Skąd: Kraków
Wysłany: 2025-11-28, 00:04   

Dawny, rodzinny dom pani Hildegardy w Nadziejowie stoi dzisiaj pusty i zniszczony. Strop jest w kilku miejscach zawalony, a zachodnia, mocno spękana ściana budynku zapewne wkrótce runie. Miejsce to w zasadzie nie zmieniło się od wojny. Drzwi, okna, klamki – wszystko to pamięta czasy, w których mieszkała tam rodzina Flassig.

(zdj.1) Dzień 25.X.2025. Dawny dom rodziny Flassig w Nadziejowie [fot. ralf].jpg
Plik ściągnięto 7 raz(y) 5,79 MB

(zdj.2) Dzień 25.X.2025. Dawny dom rodziny Flassig w Nadziejowie [fot. ralf].jpg
Plik ściągnięto 5 raz(y) 5,72 MB

(zdj.3) Dzień 25.X.2025. Dawny dom rodziny Flassig w Nadziejowie [fot. ralf].jpg
Plik ściągnięto 6 raz(y) 5,35 MB

(zdj.4) Dzień 25.X.2025. Dawny dom rodziny Flassig w Nadziejowie [fot. ralf].jpg
Plik ściągnięto 7 raz(y) 4,96 MB

(zdj.5) Dzień 25.X.2025. Dawny dom rodziny Flassig w Nadziejowie [fot. ralf].jpg
Plik ściągnięto 6 raz(y) 5,01 MB

(zdj.6) Dzień 25.X.2025. Dawny dom rodziny Flassig w Nadziejowie [fot. ralf].jpg
Plik ściągnięto 6 raz(y) 3,78 MB

(zdj.7) Dzień 25.X.2025. Dawny dom rodziny Flassig w Nadziejowie [fot. ralf].jpg
Plik ściągnięto 7 raz(y) 3,53 MB

(zdj.8) Dzień 25.X.2025. Dawny dom rodziny Flassig w Nadziejowie [fot. ralf].jpg
Plik ściągnięto 7 raz(y) 2,81 MB

(zdj.9) Dzień 25.X.2025. Dawny dom rodziny Flassig w Nadziejowie [fot. ralf].jpg
Plik ściągnięto 4 raz(y) 4,33 MB

(zdj.10) Dzień 25.X.2025. Dawny dom rodziny Flassig w Nadziejowie [fot. ralf].jpg
Plik ściągnięto 5 raz(y) 5 MB

(zdj.11) Dzień 25.X.2025. Dawny dom rodziny Flassig w Nadziejowie [fot. ralf].jpg
Plik ściągnięto 7 raz(y) 4,53 MB

_________________
Zapraszam do: Muzeum Powiatowe w Nysie // Neisser Kultur- und Heimatbund e.V.
 
     
ralf 
Administrator
ralf


Dołączył: 07 Lis 2017
Posty: 3541
Skąd: Kraków
Wysłany: Wczoraj 14:59   

Gdy w dniu 25 października 2025 r. odwiedziłem Nadziejów, postanowiłem nakręcić krótkie wideo z wjazdu autem do tej wsi, ukazujące stojące po obu stronach drogi zabudowania i obiekty. Nagranie rozpoczynało się tuż przed znakiem drogowym z napisem „Nadziejów” i kończyło obok dawnego domu pani Hildegardy. Ten trwający około minuty filmik wysłałem do Antje, by mogła go pokazać swojej babci. Uczyniła to w dniu jej 96. urodzin, robiąc jej niespodziankę. Solenizantka była mocno wzruszona i zarazem bardzo ucieszona. W załączeniu zdjęcie z tej właśnie chwili.

Listopad 2025 r. Urodziny (96) pani Hildegardy z d. Niefanger [zbiory prywatne - Antje].jpg
Plik ściągnięto 1 raz(y) 535,84 KB

_________________
Zapraszam do: Muzeum Powiatowe w Nysie // Neisser Kultur- und Heimatbund e.V.
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

phpBB by przemo  
Strona wygenerowana w 0,65 sekundy. Zapytań do SQL: 10